Czekając na…

…no właśnie na co?

Do napisania tego wpisu zmotywowało mnie to, co wydarzyło się ostatnio w moim życiu. Chodzi mi o przejście z pracy na etacie, na pracę samodzielną, tzw. freelance. Dużo pojawiło się pytań z zewnątrz, co było moją motywacją, a przede wszystkim, dlaczego akurat teraz? Zaczęłam się więc zastanawiać, właściwie jak to jest z tymi decyzjami. Doszłam do kilku wniosków.

Plan

Często się nam wydaje, że mamy wszystko doskonale zaplanowane, ułożone, posegregowane. Plan A, plan B, niby nie ma powodu, żeby coś nas zaskoczyło bo jesteśmy gotowi na wszystko. Jak więc zazwyczaj to jest? Otóż, życie w 90% przypadków wymusza stworzenie planu C, D lub nawet E. Tak też było u mnie, doskonale przemyślałam wszystkie kroki i etapy swojej tzw. „kariery zawodowej”. Wiedziałam, że najpierw chcę się nauczyć jak najwięcej, zdobyć jak najwięcej doświadczeń, a dopiero później, wyposażona w moje supermoce, ruszę już samodzielnie w świat. Obliczyłam sobie, biorąc pod uwagę wiele wytycznych i wiele aspektów, kiedy to mniej więcej powinno nastąpić. Ok, można sobie bezpiecznie działać, jest stabilnie.

Kropla drąży kamień

Niestety mijały dni, tygodnie, a ja czułam, że coś jest nie tak. Jest jakoś dziwnie. Umysł zaczął płatać figle. Kreatywność tajemniczo się rozbuchała, a sił i energii jakby ciągle przybywało. To nie miało być teraz! A jednak. Supermoce dały o sobie znać. Trzeba je koniecznie ogarnąć, trzeba to wszystko zgromadzić na potem! Jednak czy tak się da? Można na pewno próbować. W jaki sposób? Można np. pracować w sposób ciągły i nieprzerwany. Wychodzić z pracy etatowej i siadać do pracy pozaetatowej, a potem jeszcze realizować własne pomysły takie dla przyjemności, niekomercyjne całkowicie. Spróbować łączyć dwa światy. I to przez pewien czas może się nawet sprawdzić i może nawet dać pozór złotego środka. Gorzej jak trwa na tyle długo, że organizm powoli zaczyna się odzywać z protestem. Przemęczenie, rozdrażnienie, mniejsze lub większe dolegliwości… zaczyna być to jasny sygnał, że to nie jest dobra droga.

W lewo czy w prawo?

Trzeba więc coś wybrać. Nakreślmy sytuację. Z jednej strony stabilizacja, plan, racjonalnie obmyślone działania. Z drugiej, ten pęd do zmiany, do działania, pojawiające się możliwości i szanse, kreatywna energia czekająca na spożytkowanie, ale niestety również RYZYKO.

Tzw. comfort zone

No i tu dochodzimy do sedna i głównego pytania. Czy warto czekać? I na co czekać? Czy to, że my sobie coś ustaliliśmy i stwierdziliśmy, że jest to jedyna słuszna droga, jest wystarczającym argumentem na to, żeby kurczowo się tej koncepcji trzymać?  Czy możemy dać sobie gwarancję, że to co wymyśliliśmy jest słuszne? Ja takiej gwarancji sobie dać nie umiałam. Stąd decyzja, podjęta od razu w momencie jak uświadomiłam sobie to wszystko. Zadałam sobie pytanie czy ja naprawdę boję się przyszłości, czy bardziej tego, że nie będę trzymać się planu i zrobię coś inaczej niż założyłam, wyjdę z tej oklepanej już „strefy komfortu”?

Rezultat

Skutek mojej decyzji na chwilę obecną, jest taki, że poczułam pierwszy raz, od dłuższego czasu spokój. Dziwne, co nie? Miała być adrenalina i niepewność, a jest coś całkowicie innego. Po prostu wiem, że teraz wszystko zależy już tylko ode mnie i chyba właśnie tego było mi tak bardzo potrzeba.

Ta dziwna i nieoczekiwana reakcja na wszystkie zmiany, spowodowała, że zaczęłam się zastanawiać nad tematem oczekiwań i planów w ujęciu bardziej ogólnym. Nie samą pracą żyje przecież człowiek.

Sedno sprawy

Czy nie jest często tak, że na siłę zagłuszamy swoje prawdziwe potrzeby? Nie dzieje się tak czasem, przez to, że mamy jakąś konkretną wizję siebie, takiego „przyszłego siebie”, tego fajnego i trochę na siłę próbujemy dopasować się do tej foremki?

Nie daleko szukając, coś z dziewczyńskiego podwórka, przykład sylwetki, wagi i figury. Za rok będę ważyć (tu każdy może sobie już wstawić swoją idealną wagę), wtedy będę wyglądać super i się fajnie ubierać i na pewno zacznę więcej wychodzić, będę odważniejsza, założę instagrama, teraz tylko przeboleć ten rok! Mija rok i są dwie drogi. Nie osiągnęliśmy wymarzonej sylwetki i powtarzamy, jak mantrę, plan na kolejny rok, albo osiągnęliśmy. Jeśli osiągnęliśmy to niestety bardzo często nic to nie zmienia, bo nasze myślenie pozostało takie samo i nadal za niepowodzenia obwiniamy figurę. Czasem jednak się zmienia. Faktycznie czujemy się super, spełniamy te wszystkie zaplanowane rzeczy – efekt osiągnięty. Ja się tylko pytam czy serio, warto było czekać aż ten rok na to?

Czemu nie możemy się czuć super takimi jak jesteśmy – teraz, tylko zawsze mamy do siebie jakieś ale? Czemu zawsze musimy być jacyś „bardziej”, żeby poczuć się lepiej? Czemu, nie możemy grać tymi kartami jakie mamy i nimi właśnie wygrywać, to fajne życie? Czemu droga do celu nie może być też piękna, tylko często staje się takim straconym międzyczasem?

A przykłady można mnożyć, jak będę miął x oszczędności to pojadę na wakacje, jak będę mięć własne mieszkanie, to dopiero fajnie sobie zorganizuję przestrzeń, jak będę mieć chłopaka, to wtedy dopiero będę szczęśliwa, jak kupię lepszy komputer… jak zrobię dyplom… itp. itd.

Co ludzie powiedzą?!

Kolejny aspekt to oczekiwania innych. Czasem gramy tymi właśnie kartami, które mamy i daje nam to szczęście, do momentu, kiedy nie zorientujemy się jaki pogląd mają na to inni. Co, jeśli dobrze nam w tym małym, wynajętym mieszkaniu? Co, jeśli lubimy nasz wysłużony, stary komputer? Co, jeśli podoba się nam nasza niedoskonała figura? Często nie potrafimy się cieszyć z tej samoakceptacji, właśnie ze względu na innych i ich opinie.

W przypadku moich zmian zawodowych, zaświtało mi nie raz w głowie: „A co jeśli okaże się finalnie, że nie radzę sobie aż tak dobrze? Co wtedy?”. Zauważyłam, że nie martwi mnie to, ze względu na mnie samą, bo ja gotowa jestem na ciężką pracę i walkę z przeciwnościami, a czasem również na chude miesiące. Martwiło mnie to ze względu na opinie innych.

Pizza forever

Bardzo trudno jest się wyzwolić z tych otaczających nas oczekiwań. Dobrze jednak uzmysłowić sobie, że naprawdę lwią ich część, sami sobie narzucamy. Plany, duże tempo, stawianie poprzeczki coraz wyżej i w tym wszystkim jeszcze martwienie się, nie tylko o swoje samopoczucie, ale również reakcje otoczenia, potrafi naprawdę odebrać radość życia.

Zaczynam więc powoli doceniać wartość podejmowanych, samodzielnych decyzji. Zaczynam również wierzyć, że może właśnie kluczem do szczęścia jest fakt, że niedoskonałe może być idealne, o ile daje nam poczucie spokoju, swobody, radości i wolności.

Co lepsze, sterylnie czyste mieszkanie, czy zlew pełen naczyń po super spotkaniu z przyjaciółmi? Figura atletki czy mini oponka, po pełnych pizzy i lodów wakacjach? Stabilizacja i przewidywalność, czy adrenalina przyszłości? Ja wiem co wybrałam i wiem co wybierać będę. I nie chodzi tu o naiwny optymizm czy brak realnego podejścia do życia. Chodzi tu o życie w zgodzie ze sobą, bo tylko wtedy nasze supermoce mają prawdziwą siłę, a jak ona jest, to żadne przeciwności nie są już straszne, bo mamy siłę walczyć, pracować i spełniać marzenia.


  • Aleksandra Nowosad

    super wpis, bardzo uczuciowy i trafia bardzo do serca 🙂

    • atogrzywa

      dzięki Olu, bardzo się cieszę, że Ci się spodobał! 🙂

  • Bingo! Trafiłaś w sedno z tym prawem do podejmowania decyzji w zgodzie z samą sobą 🙂 piękna sprawa jednak uważam, że przychodzi z czasem, wraz z rozwojem i dojrzałością. Trzeba było najpierw planować, spełnić cele by zrozumieć, że chce się zupełnie czegoś innego.

    • atogrzywa

      Oczywiście, w pełni się z Tobą zgadzam 😉 Najpierw trzeba dobrze poznać siebie i doświadczyć różnych rzeczy, żeby móc świadomie stawiać te radykalne kroki 🙂

  • Brawo! Kibicuję Ci! 🙂